niedziela, 6 stycznia 2013

10. Codzien­nie szu­kali no­wego spo­sobu na za­pom­nienie, każdy dzień kreśli­li nową me­todą… bez­sku­tecznie. Nad­chodziła noc pełna rozpaczy i tęsknoty. W mo­men­cie ak­ceptac­ji rzeczy­wis­tości – na twarzy częściej po­jawiał się uśmiech niż łzy.




W ciągu kilku kolejnych tygodni Adam niemal zdołał samego siebie przekonać, że niestabilny związek z Drakiem, w który po raz kolejny się uwikłał, daje mu szczęście. Nadal jednak traktował Tommy'ego z rezerwą, na którą, brunet miał tego pełną świadomość, basista sobie nie zasłużył. Lambertowi z coraz większym trudem przychodziło jednak ignorowanie uczuć, jakie wzbudzała w nim bliskość Ratliffa, a za nic nie chciał ryzykować przekroczenia tej cienkiej dzielącej ich granicy, za którą mogła czekać go zguba. Jeśli zaś idzie o szatyna – zdecydował się on dać Adamowi niezbędną mu do życia przestrzeń wolną od jego obecności co, o ironio, wywołało w wokaliście poczucie rozczarowania tak dalekie od spodziewanej ulgi. Choć z trudem, brunet przyznał w końcu przed samym sobą, że po prostu tęskni za Tommym i jego niewyparzonym językiem.


Adam przeniósł leniwie spojrzenie swoich błękitnych oczu z towarzyszącego mu Jamiego na Ratliffa zamkniętego w kabinie akustycznej razem z Montem.
– Prawie dobrze – mruknął Pittman. – Prawie.
Basista westchnął z rezygnacją, po raz kolejny układając palce na odpowiednich strunach swojej gitary, by zacząć grać od początku. Prawie nie było w żadnym stopniu satysfakcjonujące. Prawie nie wystarczało.
– Spróbujmy to nagrać i zobaczymy jak współgra z całością – zawyrokował Monte i uniósł się z obrotowego krzesełka, po czym dołączył do dwójki pozostałych mężczyzn rezydujących w reżyserce, zostawiając Tommy'ego samego w niewielkim pomieszczeniu.
Szatyn przez chwilę obserwował wściekle gestykulującego Adama i jak zwykle spokojnego Jamiego próbujących najwyraźniej coś Montemu wytłumaczyć. Basista nie mógł jednak usłyszeć ich słów, ponieważ kabina była wyciszona.
Wbił wzrok w Lamberta, który w ostatnim czasie przeszedł zaskakującą transformację. Był jakby bardziej rozluźniony i nie sprawiał już wrażenia pustej, pozbawionej duszy, skorupy. Do jego błękitnych oczu nie powrócił jednak dawny ogień i, choć Tommy zdawał sobie sprawę z tego, jak niedorzecznie to brzmi, to jednak odnosił wrażenie, że entuzjazm Adama jest chwilami jakby wymuszony.
Weź się w garść Ratliff – zganił się w duchu. – Po prostu jest szczęśliwy. Nareszcie! A to wszystko zasługa Drake'a…
Skrzywił się na samą myśl o chłopaku Lamberta.
Jasnym było, że ten związek miał ostatnimi czasy na wokalistę zbawienny wpływ, Tommy jednak nie potrafił otrząsnąć się z wrażenia, że intencje Drake'a nie są do końca czyste. A może to odbyta niedawno rozmowa z Cam sprawiła, że widział problem którego nie ma?





– Tommy? – Mężczyzna zastygł w bezruchu z uniesionym do połowy kluczem od swojego pokoju hotelowego i zwrócił twarz ku zbliżającej się w jego kierunku Cam. – Już wróciłeś? A gdzie Adam? Błagam… – zawiesiła głos – powiedz mi, że położyłeś go do łóżka.
Ratliff westchnął ciężko, co stanowiło dla kobiety wystarczającą odpowiedź.
– Zostawiłeś go samego? – zapytała z wyrzutem.
W Tommym zapłonęła fala irytacji tak żywej, że czuł niemal jej ogień na swojej bladej skórze.
– Jest dorosły – wysyczał Ratliff przez zaciśnięte zęby, powtarzając argument, jaki tej nocy padł z ust Adama. – Poza tym… Nie był sam – dodał szatyn, czując przy tym, jak ogarnia go nieuzasadniona zazdrość. Nie miał przecież do niej prawa.
– Nie sam? Z kim w takim razie był? – drążyła Cam. Jej pytania wzbudzały w Tommym frustrację.
– Skąd mam to wiedzieć, do cholery? – warknął. Kobieta popatrzyła na niego w sposób, który sprawił, że Ratliff poczuł się jak zganiony przez mamę przedszkolak.
– Chyba znali się wcześniej – powiedział w końcu, przełknąwszy ciężko.
– Och? – wyraz twarzy Cam wyrażał bezgraniczną ciekawość. Wbrew temu, co mógł myśleć basista, nie zawężało to wcale kręgu podejrzanych. Spośród wszystkich mieszkających w Los Angeles gejów Adam musiał znać co najmniej połowę z nich.
– Taki… – Tommy zamknął oczy w próbie odtworzenia w myślach portretu towarzyszącego Lambertowi mężczyzny. – Niski. Ciemne włosy…
Kobieta popatrzyła na niego z powątpiewaniem, krzyżując ręce na piersi.
– Ekhm… – Ratliff zawahał się.
Był pewien, że Adam mu go przedstawił.
Jak on do cholery miał na imię?
Devon?
Nie.
Darren?
Też nie to.
– Drake! – rzekł w końcu basista, dumny z siebie.
– Co?! – krzyk Cam sprawił, że szatynowi momentalnie zrzedła mina. – Zostawiłeś go?! Z Drakiem?!
– A co to za Drake? – zapytał zdezorientowany Tommy, czując jak narasta w nim panika.
Czy Adama mogło czekać jakieś niebezpieczeństwo w towarzystwie tego cholernego Drake'a, o którym, zdawać by się mogło, wszyscy w zespole poza nim wiedzą, lecz nikt nie chce nic Ratliffowi powiedzieć?
Towarzyszka popatrzyła na niego ze strachem, który nie wiadomo, czy bardziej spowodowany był tym, że powiedziała zbyt wiele na temat Drake'a-Padalca-LaBry, czy też obawą o to, jak na Adamie odbije się ich ponowne spotkanie.
– Muszę do niego zadzwonić – powiedziała Cam z oczami otwartymi tak szeroko, jakby właśnie zobaczyła UFO. Lepiej – kochającą się parę heteroseksualistów – i szybkim krokiem ruszyła w stronę swojego pokoju, zostawiając oniemiałego Tommy'ego w ciemnym hallu.
Szatyn z głębokim westchnieniem przekręcił klucz w zamku swojego pokoju i wszedł do skąpanego w mroku pomieszczenia. Zamrugał gwałtownie w próbie odegnania cisnących mu się do oczu łez. Sam nie wiedział, czy były one spowodowane złością, czy jakimś innym cholernym uczuciem, którego do tej pory nie znał i nie chciał poznawać. Ale cóż, odkąd spotkał Adama Lamberta, jego życie w ogóle przestało podążać torem, jaki sobie obrał. A wręcz wszystko zaczęło się pieprzyć w tempie tak szybkim, że Tommy sam nie mógł za tym nadążyć. Nie kłopocząc się, by zapalić światło, opadł ciężko na łóżko i zatopił twarz w dużej puchowej poduszce, która chwilę później idealnie spełniła swoją rolę tłumiąc jego wściekłe, przeplatane przekleństwami wrzaski frustracji.




– Zostaniesz? – Drake ułożył mu dłoń na ramieniu, wyrywając z zamyślenia. Adam nieznacznie zwrócił twarz ku mężczyźnie.
– Nie dziś – odparł i uniósł się powoli z łóżka.
– Zobaczymy się jutro? – zapytał z nadzieją LaBry.
– Mam dużo pracy – westchnął wokalista, wsuwając na nogi swoje czarne, zmięte spodnie.
Choć gdzieś w głębi świadomości czerpał satysfakcję z faktu, że to Drake zdawał się tym razem zabiegać o jego uwagę, to jednak odczuwał wyrzuty sumienia na myśl, że nie jest wobec kochanka zupełnie szczery. Mimo że od kilku tygodni spędzali razem niemal każdą noc, uprawiając dziki i namiętny seks, tylko raz tak naprawdę spali razem. Od tamtej pory Adam zawsze wracał do swego pokoju hotelowego. Prawda była taka, że nie mógł patrzeć na mężczyznę, który teraz zalotnie spoglądał na niego rozparty na materacu dużego, dwuosobowego łóżka. Nie mógł tulić go i śmiać się z nim. Nie potrafił robić tego wszystkiego w czasie, kiedy całe jego serce i umysł znajdowały się we władaniu kogo innego. Lambert miał pełną świadomość, że wykorzystuje Drake'a w sposób tak samo okrutny jak ten, w który sam został wykorzystany. I choć w zaistniałej sytuacji byłoby to naturalne, to jednak Adamem nie kierowała chęć zemsty za poniesioną krzywdę. Chwile, które dane mu było spędzić w towarzystwie Drake'a uświadomiły mu jedno – nie kochał go. I był w stu procentach przekonany, że jego uczucie, a raczej jego brak, jest odwzajemnione. Lambert i LaBry zawsze byli dobranymi kochankami. Każdy z nich wiedział, czego pragnie ten drugi – przynajmniej jeśli chodzi o cielesną stronę ich związku. Wykorzystali więc po prostu daną im od losu szansę w pełni świadomi, że z każdym dniem zbliżają się do rozstaju dróg, a kiedy już do niego dotrą, pożegnają się na dobre.
– Rozumiem – mruknął Drake.
Lambert skinął jedynie w jego kierunku, nie unosząc na niego jednak spojrzenia błękitnych tęczówek.
– Do zobaczenia Drake – mruknął wokalista, kierując się w stronę drzwi.
– Adam? – dziwny ton głosu towarzysza zmusił bruneta do uniesienia na niego wzroku. W jego oczach malowało się coś dziwnego. Coś, czego Lambert nigdy u niego nie widział. – Dlaczego zdecydowałeś się pójść wtedy ze mną? – zapytał, zbijając tym samym wyższego mężczyznę z pantałyku.
Wokalista przygryzł wargę, w milczeniu wpatrując się w zastygłą w wyrazie oczekiwania twarz Drake'a. Poczuł suchość w ustach.
Przyszła pora na szczerość.
– Chciałem… Wiedzieć… – urwał. Tak na prawdę nie miał pojęcia, co takiego chciał wiedzieć.
Czy czuje coś jeszcze do Drake'a?
A może czy będzie w stanie zdusić w sobie te cholerne uczucia, jakie żywi do Tommy'ego, poprzez powrót do byłego kochanka?
A może chciał wiedzieć, czy będzie potrafił potraktować go z taką samą pogardą, z jaką kiedyś sam został potraktowany?
Co chciałeś wiedzieć, Adam?
– Wiesz… – głos Drake'a stał się jeszcze cichszy – na początku myślałem, że chcesz się na mnie zemścić. Ale te ostatnie dni… – zawiesił spojrzenie swoich zielonych oczu na pozbawionej wyrazu twarzy Lamberta. – Nie o to ci chodziło – dodał z pewnością. – Więc o co?
– Nie wiem, Drake – przyznał w końcu brunet. – To skomplikowane – dodał.
– W każdym razie… Nigdy cię nie przeprosiłem – szepnął LaBry, spuszczając wzrok. – Tak więc: przepraszam. Przepraszam cię za wszystko, byłem prawdziwym dupkiem. Teraz to widzę – przyznał ze skruchą.
Zszokowany tym wyznaniem Adam wciągnął ze świstem powietrze. Tego się nie spodziewał.
Marzył o tej chwili. Oczami wyobraźni wielokrotnie widział Drake'a błagającego go o wybaczenie. W zależności od nastroju, Lambert albo odsyłał go z kwitkiem, albo wybaczał, co kończyło się pojednaniem i szalonym seksem z udziałem najbliższego mebla oraz wyznaniem miłości. Nie ważne jaki finał rozgrywał się w jego umyśle, zawsze towarzyszyły temu fanfary, a teraz, kiedy w końcu usłyszał z ust Drake'a te, tak przez niego wyczekiwane, słowa, nie poczuł zupełnie nic. Równie dobrze LaBry mógłby go właśnie informować, że skończył myć zęby i łazienka jest wolna.
Kąciki ust Lamberta uniosły się lekko ku górze. Po raz pierwszy od tak dawna uśmiechał się naprawdę szczerze, a uśmiech ten sięgnął jego jasnych oczu.
Ulga.
Nareszcie poczuł ulgę zupełnie jakby ktoś odciął sznur, na którym od tak dawna dźwigał wielki, ciężki głaz uniemożliwiający mu rozpostarcie skrzydeł i uniesienie się na wietrze marzeń, które właśnie się spełniają.
Cóż. Jednego marzenia. Ale to zawsze jakiś początek.
– Adam? – LaBry spoglądał z niepokojem na swojego towarzysza który na chwilę jakby stracił kontakt z rzeczywistością.
– Żegnaj Drake – powiedział Lambert zdecydowanie i, nie czekając na reakcję drugiego mężczyzny, opuścił jego mieszkanie.
Jedynie czas pokazał, że nie było to ich ostatnie spotkanie.



Tommy niedbale machnął ręką w stronę barmana. Ten natychmiast podał basiście kolejnego drinka i wbił w niego wyczekujące spojrzenie ciemnych oczu.
– Jeszcze raz to samo – mruknął Ratliff.
Mężczyzna za ladą uniósł pytająco brew, zerkając wymownie w kierunku jego wypełnionej szklanki. W odpowiedzi szatyn uniósł ją do ust i przełknął szybko alkohol, po czym rzucił barmanowi wyzywające spojrzenie. Ten uśmiechnął się jedynie pod nosem i nie śmiejąc odezwać się choćby słowem, podsunął basiście kolejną porcję alkoholu i niepewnie oddalił się w kierunku innego, oczekującego obsługi gościa baru.
Jace Gray przeczesał palcami swoje jasne włosy, co chwila zerkając w kierunku Tommy'ego Joe. Wybrał swoją dzisiejszą "ofiarę". Wystarczyło poczekać do końca zmiany. Chłopak zerknął na duży zegar zawieszony na przeciwległej ścianie pomieszczenia.
Zostało pół godziny.
Sam nie wiedział, co tak bardzo ciągnęło go ku temu mężczyźnie, obserwował go jednak już od jakiegoś czasu. Ratliff był bowiem częstym gościem w barze hotelu, nigdy dotąd jednak zjawił się tu sam więc kiedy zjawił się tego wieczora w lokalu bez towarzystwa Jace od razu powziął decyzję, że to z nim spędzi dzisiejszą noc.

Tommy oparł głowę o blat baru i odetchnął parę razy.
Po raz kolejny dał się podejść. Tyle już dostał w życiu nauczek.
Jakim cudem po raz kolejny dał się omamić własnemu poczuciu winy i podnieść tę cholerną słuchawkę telefonu, by do niego zadzwonić?
Liz ma rację, jest skończonym idiotą. Tyle razy go ostrzegała, a on nie słuchał, argumentując, że przecież jest jego ojcem, jedyną rodziną.
Ratliff jesteś prawdziwym kretynem – westchnął w duchu, z trudem ześlizgując się z barowego stołka i cudem unikając zderzenia z podłożem.
W głowie szumiał mu alkohol, a wzrok odmawiał posłuszeństwa, sprawiając, że obraz przed jego oczami zdawał się zlewać w jedną, wielobarwną mozaikę.
Kiedy był już pewien, że uda mu się utrzymać równowagę, ruszył powoli w stronę wyjścia z lokalu. Niespodziewanie poczuł obejmujące go silne ramiona i jakiś głos, dziwnie znajomy, który docierał do niego jakby z innego wymiaru.
Czując ogarniającą go falę zmęczenia, pozwolił się poprowadzić, nie kusząc się nawet o słowo sprzeciwu.
Nie rozróżniał kierowanych ku niemu słów.
Nie widział drogi, którą podążał.
Nie wiedział, kto nim kieruje.
A jednak czuł się bezpiecznie.
Pozwolił sobie zatonąć w przyjemnym cieple, wtulając twarz w obejmujące go ramię.
Przyjemny zapach natychmiast wypełnił jego nozdrza, a on sam jęknął boleśnie, czując jak dusząca fala mdłości zaczyna gwałtownie unosić się w gorę jego przełyku. Uniósł otwartą dłoń do ust z trudem odwlekając to co nieuchronne.
– Tommy! Tommy, do cholery, gdzie masz klucz? – Adam próbował nawiązać jakikolwiek kontakt z Ratliffem. Bez skutku. Miał ochotę nim potrząsnąć, obawiał się jednak, że w efekcie takiego działania ucierpieć może droga wykładzina, jaką wyłożony był hall hotelu. Obsługa z całą pewnością by ich za to znienawidziła. Powściągnął więc tę chęć i oparł Tommy'ego o ścianę, po czym zaczął pospiesznie przeszukiwać jego kieszenie.
– To miłe… – mruknął Ratliff, oblizując dolną wargę, kiedy dłoń Lamberta zatonęła w tylnej kieszeni jego spodni. Wokalista uśmiechnął się pod nosem.
Pijany Tommy był naprawdę słodki.
– Bingo! – ucieszył się brunet, kiedy jego palce wyczuły w końcu upragniony chłód metalowego klucza. Przytrzymując szatyna mocno w pasie, otworzył drzwi i wpuścił go do pokoju.
– O cholera! – jęknął nagle basista i zatykając usta dłonią, ruszył w kierunku toalety. Gdyby nie Adam, z całą pewnością zginąłby po drodze, rozbijając głowę o muszlę.
Zwijał się w konwulsjach, zwracając wszystko, co tego dnia zjadł. Na czoło wstąpiły mu krople zimnego potu. Naprawdę doceniał przyjemne ciepło dłoni gładzącej go uspakajająco po plecach i drugiej, podtrzymującej mu włosy.
– O. Mój. Boże – jęknął boleśnie Ratliff, opierając czoło o rękę spoczywającą na muszli klozetowej. – Nigdy więcej nie będę pił.
– Trzymam cię za słowo – zachichotał Adam.
Zaskoczony Tommy uniósł na niego przestraszone spojrzenie, które natychmiast złagodniało napotkawszy błękitne tęczówki.
– Adam? – zapytał, nie do końca wierząc własnym oczom. Podejrzewał, że podświadomość próbowała zrobić mu właśnie podły żart.
Lambert skinął jedynie głową i uniósł się z klęczek.
– Nie zostawiaj mnie – jęknął żałośnie Ratliff, chwytając go za dłoń.
– Przyniosę ci szklankę wody. Zaraz wracam – odparł z uśmiechem wokalista.
Szatyn westchnął z ulgą i z trudem podźwignął się z ziemi. Spuściwszy wodę, opuścił klapę muszli klozetowej i przysiadł na niej, odchylając do tyłu głowę.
– Już jestem. – Tommy otworzył gwałtownie oczy i z wdzięcznością przyjął z dłoni Adama szklankę zimnej wody, a kiedy ich palce się dotknęły, poczuł dreszcz, jakby właśnie poraził go prąd. Obserwując swe niespieszne ruchy, potarł lekko opuszkiem palca o skórę Adama. Ten wciągnął głośno powietrze, które zamarło w jego płucach.
– Tommy… – mruknął z bólem Lambert. Basista uniósł na niego swoje pytające spojrzenie. Wyglądał w tamtej chwili na tak zagubionego, że Adam z trudem powściągnął chęć przyciągnięcia go do siebie i zamknięcia w uścisku swoich ramion.
– Pij – dodał z troską. Ratliff bez słowa spełnił jego rozkaz. Przypatrywali się sobie w milczeniu do momentu, gdy szklanka została opróżniona.
– Chodź, pomogę ci – powiedział Lambert, chwytając szatyna pod ramię i pomagając mu wstać.
– Dam sobie radę! – warknął basista, nie wyrwał jednak ręki z uścisku Adama. Ten nie potrafił nie uśmiechnąć się na widok buntu płonącego w czekoladowych oczach.
– Jak sobie życzysz – I brunet nie śpieszył się jednak do przerwania ich kontaktu fizycznego.
– Chciałbym umyć zęby – szepnął Tommy po chwili, która zdawała się trwać całą wieczność.
– Ok – westchnął wokalista, rozluźniając wreszcie uścisk wokół ramienia niższego mężczyzny.
– Poczekasz chwilę? – zapytał z nadzieją Ratliff.
– Jasne. – Adam przeczesał palcami swoją czarną grzywkę i opuścił pomieszczenie. Kiedy z ciasnej łazienki wszedł do przestronnego salonu, poczuł przyjemny powiew świeżego, nocnego powietrza wpadającego do pokoju przez otwarte na oścież drzwi balkonu.
Odetchnął głęboko kilka razy, próbując uspokoić oddech.
Będąc w pobliżu Tommy’ego, czuł, jakby basista wysysał całe powietrze, sprawiając, że Lambertowi brakło tchu. Wokalista wiedział, że ta niezaspokojona żądza będzie go prześladowała. Nie sądził jednak, że do tego stopnia będzie znajdował się pod jej władzą.
– Nienawidzisz mnie… – Adam wzdrygnął się na cichy, ledwie słyszalny szept Tommy’ego dobiegający zza jego pleców. Zszokowany odwrócił się w stronę szatyna.
– Tommy… Nie nienawidzę cię. Nie opowiadaj bzdur – odparł ze sztucznym uśmiechem. Daleko mu jednak było do rozbawienia.
Niższy z mężczyzn westchnął i przysiadł na kanapie ze wzrokiem utkwionym w swoich dłoniach.
– Mówiłem ci, że nie będziesz mógł na mnie patrzeć – kontynuował Ratliff, zupełnie jakby nie słyszał uwagi Lamberta.
– Nie nienawidzę cię – powtórzył z przekonaniem wokalista, zajmując miejsce obok szatyna.
Ten spojrzał na Adama wzrokiem pozbawionym jakiejkolwiek emocji. Był zupełnie pusty.
– Jednak mnie unikasz – upierał się Ratliff. – Nie powinno mnie to w sumie dziwić. Nawet moja własna matka nie potrafiła mnie znieść – dodał, unikając wzroku Lamberta.
Wokalista przełknął ciężko i ułożył dłoń na plecach basisty. Mimo wszelkich obaw Tommy nie odsunął się ani nie odtrącił jego ręki. Zadrżał, jakby próbował zdusić szloch.
Adam westchnął głęboko i w nagłym przypływie odwagi postanowił podjąć próbę rozwiązania ich konfliktu.
– Spójrz na mnie – powiedział do profilu Ratliffa. Ten potrząsnął jedynie głową. – Spójrz na mnie! – zażądał Lambert i palcem wskazującym ujął go pod brodę, po czym zmusił do spojrzenia w jego kierunku. – Chodzi o to… – Nagle opuścił go cały hart ducha. Miał ochotę uciec. Jego zalęknione spojrzenie przebiegało od prawej do lewej tęczówki Tommy’ego, którego twarz zastygła w wyrazie oczekiwania. – Nie przyszło ci do głowy, że problemem może być to, że lubię cię za bardzo? – Adam zacisnął powieki, nie chcąc widzieć wyrazu twarzy Tommy’ego, który z całą pewnością musiał być pełen odrazy.
– Za bardzo? – Ratliff zdawał się być szczerze zaskoczony tym wyznaniem.
Lambert po chwili wahania uniósł powieki, by napotkać zaciekawione spojrzenie brązowych oczu, które nadal było nieco nieprzytomne od spożytej przez ich właściciela nieprzyzwoitej ilości alkoholu.
– Za bardzo – przyznał Adam.
Proszę bardzo, w końcu się przyznał.
– To znaczy… – urwał Tommy, spoglądając na niego pytająco.
– Podobasz mi się – szepnął cicho wokalista. – A to naprawdę frustrujące – przyznał z westchnieniem. W oczach Ratliffa dostrzegł cień obawy.
Świetnie, Lambert, naprawdę świetnie.
Tylko tego brakowało, żeby zaczął się ciebie bać!
Adam nie mógł wiedzieć, że myśli basisty krążą w zupełnie innym kierunku. To nie wokalisty się obawiał, lecz tej części swojej osobowości, którą skutecznie od tak długiego czasu w sobie dusił, a która była powodem tak wielu jego młodzieńczych problemów.
– Nie martw się, to tylko i wyłącznie mój problem. Niczego od ciebie nie oczekuję – powiedział z trudem. – Daj mi tylko trochę czasu… Uporam się z tym – dodał, samego siebie próbując przekonać do wiary we własne słowa. – Wiem, że nie możesz dać mi tego, czego pragnę. – Z zawstydzeniem spuścił wzrok.
Tommy poruszył się niespokojnie.
Nie potrafił zaprzeczyć, że i on czuje jakieś dziwne, niewytłumaczalne przyciąganie do Adama.
Toczył wewnętrzną walkę.
Czy powinien być wierny sobie i własnym pragnieniom, czy też dalej żyć w kłamstwie, które powtarzał sobie tak często, że sam niemal zdołał w nie uwierzyć?
– Zrób to… – szepnął tak cicho, że jego szept niemal zniknął wśród odgłosów nocnego życia miasta dobiegających do pokoju przez uchylone drzwi tarasu.
Adam uniósł na niego gwałtownie wzrok.
Co?!
Czy naprawdę usłyszał te słowa? A może były tylko iluzją?
Poczuł nieznośną suchość w ustach, a jego oddech przyspieszył.
– Zrób to – powtórzył Tommy nieco pewniej i przysunął się nieznacznie do wyższego mężczyzny.
Adam pokręcił przecząco głową.
– Nie chcesz tego – szepnął. Usta Ratliffa znajdowały się tak blisko jego warg, że niemal już czuł jego smak.
– Nie prosiłbym o to… – zaczął basista.
– Proszę – przerwał mu z jękiem Adam – nie rób tego. – Choć wiele go to kosztowało, odsunął się od Tommy’ego, wstał powoli i podszedł w stronę okna. – Nie, dopóki nie będziesz absolutnie pewien, że tego właśnie chcesz – dodał, stojąc tyłem do Ratliffa.
Ten westchnął jedynie.
Chciał tego. Nie był jednak pewien, czy jest gotów i w duchu dziękował Adamowi za to, że mu odmówił.
– Co będzie… – urwał, nie potrafiąc odnaleźć odpowiednich słów.
„Z nami”? – Jakie to pretensjonalne.
– Poradzimy sobie – Adam nareszcie odwrócił się w jego kierunku, a  na jego ustach odmalował się blady uśmiech, który znalazł odbicie w jego błękitnych oczach.
Basista odwzajemnił gest, czując, że to nie koniec, lecz dopiero początek ich wspólnej ścieżki.


Kolejnego ranka Tommy zbudził się z bólem głowy tak silnym, że miał ochotę wyć. Z trudem uniósł głowę nad poduszkę i zerknął na budzik ustawiony na nocnym stoliku obok łóżka.
6.42
Jęknął boleśnie, po czym zmusił się do podźwignięcia z łóżka. Spuściwszy nogi na miękki dywan, zatopił twarz w dłoniach i odetchnął parę razy.
Nie miał pewności, czy wydarzenia poprzedniego wieczoru były prawdziwe, czy też były elementem najbardziej realistycznego snu.
To nie mógł być sen.
Nadal czuł obecność Adama. Delikatny zapach jego perfum zdawał się nadal unosić w powietrzu wypełniającym pokój. Tego Tommy nie byłby w stanie sobie po prostu wyobrazić.
Uśmiechnął się mimo woli na myśl, że być może wszystko wreszcie zacznie się układać.

Kiedy wszedł do przestronnej jadalni, jego żołądek skurczył i zaburczał głośno, domagając jedzenia. Tommy chwycił talerz i podszedł do szwedzkiego stołu, by napełnić go smakołykami mającymi zaspokoić jego głód oraz dać siły do spędzenia kolejnego dnia w studio z Montem Pittmanem.
Z ogromną porcją jedzenia w prawej oraz kubkiem mocnej kawy w lewej dłoni skierował się ku jednemu ze stolików ustawionych w głębi Sali.
Rozsiadł się wygodnie i powoli zaczął żuć jajka na bekonie, popijając je obficie upragnioną dawką kofeiny.
– Czy to miejsce jest zajęte? – Uniósł wzrok na stojącego nad nim Adama.
– Nie – odparł, uśmiechając się lekko. Lambert odwzajemnił gest i zajął miejsce obok basisty.
O tak, to z pewnością nie był sen.